CENTRUM INFORMACJI DLA RODZICÓW
Chorowanie z dziećmi
Paulina Kałużna
Autor: Paulina Kałużna

Chorowanie z dziećmi

Zanim do mojego mózgu dotrze informacja o chorobie, zawsze stosuję kilka metod, nazwijmy je w skrócie, metodami wyparcia.

Na początek stosuję zasadę kompletnej ignorancji – nic się nie dzieje, to chwilowe niedomaganie, przemęczenie organizmu.
Metoda druga to próba pozbycia się infekcji z użyciem siły woli.
Gdy zawodzi, przychodzi czas na rozpatrzenie sprawy w stylu – „samo przyszło, samo przejdzie”, więc zamiast kawy wypijam herbatę z cytryną i liczę, że w weekend się wykuruję.
Krok czwarty pojawia się w momencie, kiedy dochodzę do wniosku, że chyba jakimś cudem, z powodu niekorzystnego układu planet coś mnie jednak dopadło, więc ruszam w kierunku domowej apteczki. Tam wygrzebuję jakieś niezbyt inwazyjne witaminki i inne „zapobiegacze dalszej destrukcji”. A właściwie robi to mój mąż, który jest zdecydowanie bardziej biegły w farmaceutykach niż ja.
Krok piąty – wizyta u lekarza. Kiedy ten ostatni pomysł wydobywa się z moich ust, najbliżsi myślą, że umieram.

Kiedyś, gdy infekcja mnie dopadała, to po powrocie od lekarza już od progu pozbywałam się garderoby i ostatkiem sił docierałam do łóżka, by tam spędzić maksymalnie 2 dni i powstać jako nowonarodzona. Przez ten czas "dogorywania" w pościeli, zwykle zdążyło przebiec mi przez głowę tysiące myśli w stylu – „dżizys” ile zaległości w pracy, tyle planów na wieczór i trzeba to wszystko odwołać, a to, a tamto. Ale ok, trudno padłam, poleżę sobie, nadrobię lektury, pooglądam głupkowate seriale, wypiję hektolitry ciepłej herbaty i w spokoju oraz ciszy, przykryta milutką kołdrą czy też kocykiem pokontempluję nad własnym życiem i popatrzę na biedaczków za oknem, którzy muszą biec do pracy.

Ale hola, hola, kiedy to było? Dokładnie dwie prześliczne istoty temu. Przecież chorowanie przy dzieciach to zupełnie inna bajka.

Gdy dotrwałam szczęśliwie do drugiego tygodnia ferii, na które zaplanowałam stos spotkań, by nadrobić relacje rodzinno-przyjacielskie byłam najszczęśliwszą osobą na planecie. Myślę sobie urlop - piękna sprawa. Udało się zrealizować pierwszą z zaplanowanych misji, by późnym wieczorem odebrać sygnał od organizmu – ból mięśni, error, error! I tak oto pojawiła się u mnie nowa metoda wyparcia. „Ha! to pewnie po wczorajszym treningu z Qczajem!”. To na pewno od tego tak mnie wszystko boli! Przecież 15 minut treningu, to nie byle co. Organizm ma prawo być wykończony. Kolejne etapy znacie, więc zamierzałam je przejść jak zawsze. Bo z dziećmi czy bez nich, etapy nie ulegają zmianie. Nienawidzę chorować, chyba jak większość.

Jednak następnego dnia, gdy małżonek wyszedł do pracy poczułam, że chyba coś jest nie tak. Nie wstałam z łóżka, a moje dzieci, które zawsze budzą się nieprzyzwoicie wcześnie przydreptały w piżamach, by podciągnąć matce roletę w oknie. Blask dnia tylko mnie dobił. Od ledwo co zdobytej „nowej metody wyparcia” przeszłam od razu do umierania w łóżku. Ale przecież tak nie można, dzieci trzeba wykarmić, uczesać, ubrać, zorganizować im czas i takie tam „codzienności”.

Na "oparach sił" dowlekłam się do apteczki, by "nafaszerować się" różnymi "specyfikami". Z unoszącą się nad głową łuną zbudowaną z „tablicy Mendelejewa” zrobiłam dzieciom nielegalne kanapki z kremem czekoladowym, sama wypiłam jakieś dziadostwa i włączyłam im telewizor. Wróciłam do łóżka. Pełna wyrzutów sumienia, że na pewno zgniją im teraz oczy przed ekranem, że ferie, a one takie samopas, że w piżamach, że nieuczesane. W okolicach 12:00 przypomniało mi się, że nie myły zębów, więc wysłałam je do łazienki. Sami wiecie, że chorowanie przy dzieciach jest niemożliwe. Nie będę tu opisywać jak tragicznie się czułam i jak wielka niemoc organizmu wtedy panuje. Nie raz to pewnie przeżyliście.

Najrozkoszniejsze i najpiękniejsze w mojej chorobie były jednak moje dzieci. Po otrzymaniu słodkich kanapek stwierdziły pewnie, że infekcje powinny matkę dopadać częściej albo doszły do wniosku, że zwariowałam. Widać to było, gdy niepewnym ruchem odbierały swoje talerzyki, nie do końca wierząc w swoje szczęście. Później, gdy gniły już kolejną godzinę na bajkach, a potem zaczęły biegać po domu, do moich uszu od czasu do czasu dobiegały instrukcje Starszej: „Cicho bądź, bo mama jest chora. Musimy być grzeczne”. Potem przychodziły do mnie pytając czy wszystko w porządku, a ja ciągle im obiecywałam, że zaraz wstanę i się pobawimy. Nie dałam jednak rady. Młodsza w końcu nie wytrzymała i wpadła do pokoju z pytaniem: „Mama, a ty nie umarniesz?”. Odpowiedziałam, że nie ma takiej opcji – „nie umarnę”.

Po pewnym czasie same wyłączyły bajki, bo kolorowego ekranu chyba już miały dość. (WOW!) Stwierdziły, że w takich okolicznościach muszą się matką zająć. Zatem na moim stoliku pojawiły się szklanki z wodą różnej maści, a ja byłam dumna, że obie z nimi dotarły, nie wylewając wody ani na podłogę ani na siebie. Płyn otrzymałam z tekstem mojej Sześciolatki „Musisz dużo pić, żebyś się nie przewodniła”. Uraczyły mnie także suchą bułką znalezioną w chlebaku oraz cukierkiem czekoladowym. Po posiłku, moje prywatne konsylium lekarskie pojawiło się u mnie z zabawkowym stetoskopem oraz termometrem. Podczas badania miały założone gumowe rękawiczki, których używam do sprzątania. Nie omieszkały przykleić mi na rękę plastra z Olafem. Wygrzebały go z mojej torebki, w której zawsze mam tego rodzaju asortyment. Robiły co mogły, by przywrócić mnie do życia, ale czasami wybierały metody, które miałam wrażenie, że mi je wkrótce jednak odbiorą. Nie obyło się bowiem bez skakania po łóżku w okolicach mojego kręgosłupa, przeglądu piżamowej twórczości tanecznej, wysłuchałam też całego repertuaru kolęd. W takich momentach człowiekowi zawsze się jednak poprawia. Przyświeca bowiem myśl, że na szczęście choroba dopadła ciebie, a nie dziecko.

Życzę Wam, by wszelkie infekcje omijały Was szerokim łukiem, a w chwilach słabości, byście mieli „mały ostry dyżur” wokół siebie.

Niech moc będzie z Wami!

KOMENTARZE
O AUTORZE
Paulina Kałużna
Paulina Kałużna
Uzależniona od czytania, zwłaszcza biografii i kryminałów, a od pewnego czasu także od literatury dla dzieci. Mama dwóch córek, dla których zaczęła pisać bajki. Fanka płyt winylowych, uwieczniania na zdjęciach największych pierdoł związanych z własnymi dziećmi, Tatr i koloru niebieskiego. Od gotowania woli chodzić na gotowe, nie znosi bałaganu, nie zaczyna dnia bez kawy z mlekiem i nie kończy go bez przeczytania choć jednej strony książki. Lubi pisać!
PODOBNE WPISY
Masaż balijski  – dla zdrowego i zrelaksowanego ciała
Orientalny, egzotyczny, łączący wiele rożnych technik...
Hello, how are you?
Od 1 września 2017 roku zgodnie z Rozporządzeniem MEN, w...
Czy warto się przytulać?
O niezwykłym eksperymencie i potrzebie przytulania sł&oa...
WYSZUKIWARKA
ZAMKNIJ
NEWSLETTER
Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera
ZAMKNIJ