CENTRUM INFORMACJI DLA RODZICÓW
Gdy samodzielność dzieci wskakuje na wyższy poziom
Paulina Kałużna
Autor: Paulina Kałużna

Gdy samodzielność dzieci wskakuje na wyższy poziom

Nigdy nie chciałam być matką kwoką, która rozkłada nad swoją latoroślą gigantyczny parasol ochronny - kontrola każdego ruchu, gestu i emocji – choć zdarzały mi się takie epizody. Kiedy moje Dziewczyny poszły do przedszkola założyłam sobie jednak, że będę super wyluzowana. Dam im wolność i każdą nadarzającą się okazję, by spróbowały coś zrobić samodzielnie. Nie raz poległam, ale wciąż próbowałam się nie wtrącać.

Pozwalanie na zakładanie rajstop, zapinanie guzików w swetrze, mycie naczyń, odkurzanie, kupienie biletu na autobus, nocka u koleżanki czy krojenie sałatki przyszło mi z łatwością. Okazuje się, że jeśli zaufamy naszym dzieciakom – one zwykle stają na wysokości zadania. Po tego rodzaju pozytywnych doświadczeniach z samodzielnością uznałam, że podarowanie im kolejnej garści wolności uda mi się na pstryknięcie palcami. Okazało się, że to wcale NIE TAKIE ŁATWE.

Kiedy moja starsza córka zapisała się na harcerstwo byłam zadowolona. Wkrótce pojawił się temat pierwszego biwaku. Na początku luzik. Przecież to tylko trzy dni – już nie raz nocowała u kogoś z rodziny, u koleżanek i tak dalej. Ale im bliżej wyjazdu, tym bardziej wpadałam w większy stres. Pierwsza klasa, ona taka mała, sama, jak ona to ogarnie czy da radę, czy nie będzie się bała? Myśli szalone wyrastały w mózgownicy jak grzyby po deszczu. Aż w końcu potrząsnął mną mój dużo młodszy brat – harcerz, który nie mógł jechać na ten obóz, a prawie już go do tego zmusiłam: „Jeśli chcesz się z nią tak cackać i stresować każdym wyjazdem, to po co pozwoliłaś jej się zapisać na harcerstwo? Niech uczy się samodzielności. Poradzi sobie tam lepiej niż ci się wydaje.”

I wiecie co... potrzebowałam tego. Po takim wywodzie „smarkacza” (wybacz Adam ;)) ogarnęłam się szybciutko. Karimata, śpiwór, plecak i papa. Młoda nie ma jeszcze własnej komórki, więc prosiłam ją o telefon od drużynowej w razie potrzeby. Po jej wyjeździe łaziłam, snułam się, wymyślałam. No żal jakiś po prostu. Zawsze myślałam, że w takich sytuacjach będę super twardzielką. Zatem mocno się zdziwiłam swoim zachowaniem. Ale wieczorem telefon! - Dawid, zbieraj się. Młoda na pewno dzwoni żeby po nią przyjechać – krzyczę już w emocjach. W głośniku jednak słyszę: „Cześć Mama. Dzwonię, bo mi kazałaś. Wszystko jest fajnie i nie mam za bardzo czasu, bo mamy dyskotekę. Jest śmiesznie o nic się nie martw. Muszę kończyć. Paaaa.” Praktycznie nic nie zdążyłam jej powiedzieć. W myślach się jednak uśmiechnęłam, że na szczęście moje „szajby” były bezzasadne. Mała wróciła szczęśliwa i gotowa na kolejne wyjazdy po pozytywnych, pierwszych obozowych doświadczeniach.

Kolejnym etapem była prośba mojej Pierworodnej o to, by mogła iść sama do sklepu. Gdybyśmy mieszkali w środku jakiegoś osiedla, blisko lokalnego spożywczaka pewnie nie robiłabym problemu. Natomiast nasza lokalizacja to spokojnie blisko 2 kilometry do najbliższego marketu, do którego prowadzi coraz bardziej ruchliwa ulica bez chodnika ani nawet sensownego pobocza. Dla mnie taka jej samodzielna wyprawa była bez szans. Po każdej takiej propozycji odchodziła ode mnie smutna z powodu odmowy ze zgarbionymi plecami. Stwierdziłam jednak, że muszę coś wymyślić... i wymyśliłam.

Co jakiś czas podjeżdżam autem pod sklep – wręczam jej kartkę z produktami i czekam na parkingu. Za pierwszym razem dosłownie zżerała mnie ciekawość jak sobie tam radzi i musiałam się mocno powstrzymywać przed wejściem do środka. Po kilkunastu minutach wróciła zadowolona z wykonania powierzonej jej misji: „Nie mogłam znaleźć groszku, ale zapytałam się pani ekspedientki i ona pokazała mi gdzie jest. Mam wszystko.” Dla mnie takie słowa, to było jak jakieś nie wiadomo co. Dumna byłam jakby wspięła się na tatrzańskiego Mnicha. Ktoś może się z tego śmiać – proszę bardzo, ale serio tak czułam.

A pamiętam jak długo przed posiadaniem własnych dzieci, nie mogłam zrozumieć swojej mamy. Mój dużo młodszy brat miał iść sam do sklepu po cukier. Byłam wtedy już na studiach i nie wierzyłam, że mama tak się z nim certoli. W wieku 7 lat wszyscy na moim osiedlu biegali już po sprawunki. Wtedy mi powiedziała: „Zobaczymy jaka będziesz mądra mając swoje dzieci.” No i miała rację. Każde wyrwanie się dziecka gdzieś bez dorosłego, to wyzwanie. Przynajmniej dla mnie. Na pewno są wśród nas tacy, którym przychodzi to z łatwością. Myślałam, że ja będę jedną z nich, ale mocno się pomyliłam.
 
Pierwszy obóz, pierwsza noc u koleżanki, pierwszy dzień w szkole, pierwsza wycieczka rowerowa z paczką znajomych, pierwsze samodzielne wyjście pod blok, pierwsza jazda autobusem, pociągiem, pierwsza impreza, pierwszy wyjazd pod namiot. To naprawdę wymaga odwagi od rodzica. Puścić w świat, dać wolność, dmuchnąć w skrzydła. Bywa ciężko!

Chciałabym jednak za każdym razem pamiętać, że ja taką wolność od swoich rodziców dostawałam. Wkurzałam się kiedy się zastanawiali, wymyślali problemy, bali się lub próbowali wybić mi coś z głowy. Teraz widzę to zupełnie inaczej. Poza tym nawet moje pozytywne nastawienie do świata, patrzenie na większość rzeczy przez różowe okulary, nie odbierają mi jednak realistycznego podejścia do świata. Oglądam telewizję, słucham radia, czytam różne okropieństwa w sieci. Kiedy to widzę jestem przerażona, smutna i wkurzona jednocześnie – żeby nie powiedzieć gorzej. Gdy się człowiek zacznie taplać w takich informacjach, zaczyna się nakręcać. Mam wrażenie, że ma się wtedy ochotę złapać dzieci, posadzić na łóżku, wtulić w nie i już nigdy, nigdzie nie puścić. Tak się jednak nie da.

Dlatego świadomi zagrożeń musimy ostrzegać przed niebezpieczeństwami także swoje dzieci – nie straszyć, ale ćwiczyć pewne sytuacje, rozmowy, uprzedzać, zakazywać, wprowadzać pewne rozwiązania, zasady i powtarzać niektóre rzeczy jak mantrę – aż do znudzenia.

Niech jednak ciemna strona mocy nie przejmie nad nami władzy. Nie chcę przelewać moich strachów i obaw na swoje dzieci. Nie chcę mówić, że świat jest zły doprowadzając do tego, by bały się własnego cienia. Nie zmienia to jednak faktu, że dawanie wolności jest trudne, ale KONIECZNE.

Bądźcie czujni, rozważni. Rozmawiajcie z dzieciakami, uświadamiajcie i pozwalajcie żyć. Wciąż się tego uczę.

Niech moc będzie z Wami, ze mną  i naszymi dzieciakami!
KOMENTARZE
O AUTORZE
Paulina Kałużna
Paulina Kałużna
Uzależniona od czytania, zwłaszcza biografii i kryminałów, a od pewnego czasu także od literatury dla dzieci. Mama dwóch córek, dla których zaczęła pisać bajki. Fanka płyt winylowych, uwieczniania na zdjęciach największych pierdoł związanych z własnymi dziećmi, Tatr i koloru niebieskiego. Od gotowania woli chodzić na gotowe, nie znosi bałaganu, nie zaczyna dnia bez kawy z mlekiem i nie kończy go bez przeczytania choć jednej strony książki. Lubi pisać!
PODOBNE WPISY
Bo wakacje są od tego, aby bawić się na całego!
Wakacyjne eksplorowanie nowych miejsc i siebie 
Wakacyjne inspiracje na zabawę z dzieciakami
Malowanie po szybach, bitwa na śnieżki w lipcu i bąbelko...
WYSZUKIWARKA
ZAMKNIJ
NEWSLETTER
Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera
ZAMKNIJ