CENTRUM INFORMACJI DLA RODZICÓW
O otwierającym „trudno ci?”, lęku przed pająkami, zamknięciu koła traumy i empatycznym towarzyszeniu dzieciom i dorosłym
Autor: Katarzyna Dworaczyk

O otwierającym „trudno ci?”, lęku przed pająkami, zamknięciu koła traumy i empatycznym towarzyszeniu dzieciom i dorosłym

Od kiedy pamiętam, w rozmowach z nauczycielkami, nauczycielami i rodzicami kładłam nacisk na nazywanie emocji, albo szerzej - na mówienie, a czasami zgadywanie, co się dzieje u dziecka, jakie towarzyszą mu uczucia, czego pragnie, czego potrzebuje, jak chciałoby by było. Takie trochę opowiadanie o tym, dlaczego zachowuje się tak, jak się zachowuje. Dlaczego zachowuje się w taki sposób, by pokazać, że jest mu źle i w teorii chce być samo („idę do swojego pokoju, nie będę z tobą rozmawiać” lub „chcę być sam” (siedzę na korytarzu z głową w kolanach)) i jednocześnie chce, byśmy mu towarzyszyli. Dlaczego, gdy powiemy „Wydaje mi się, że jest ci dziś trudno”, jakby odkręca się „kurek” i słyszymy o przykrych sytuacjach, które zdarzyły się rano. Gdy dodajemy „a tak ci zależało, by….” nierzadko pojawiają się w oczach łzy.

Intuicyjnie towarzyszyłam dzieciom (i dorosłym też) w ten sposób. Zaczynając od bezpiecznego „co, trudno ci?”, czekając cierpliwie na odpowiedź, pytałam z miejsca ciekawości, co tam się dzieje w tym napiętym ciele, opowiadałam o tym, że łatwiej czy lepiej byłoby, gdyby wydarzyło się inaczej. A kilka książek/ wykładów wstecz otrzymałam odpowiedź, dlaczego takie towarzyszenie jest wspierające, albo jeszcze dalej - uzdrawiające.

Dzieci i nastolatki potrzebują prawdziwego towarzyszenia, które buduje relacje. Potrzebują spokoju, nazywania emocji i mądrej mieszanki wspierających pytań i milczenia z naszej strony. Ostatnio słuchałam wykładu1 o doświadczeniu, w którym osoby, które bały się pająków, miały za zadanie podejść do nich jak najbliżej. Członkom jednej grupy powiedziano, że mają sobie mówić coś w rodzaju: „Dasz radę”, „To nic takiego”, „Będzie dobrze”. Ludzie z drugiej grupy mówili: „Ależ się boję!”, „Aż drżę”, „To takie nieprzyjemne”. Trzeciej grupie nie powiedziano nic – miała po prostu iść w stronę pająków. Jak myślicie, osoby z której grupy podeszły najbliżej? Te, które nazywały swoje emocje. Wniosek, który z przedstawionego doświadczenia przenoszę na towarzyszenie dzieciom w trudnych emocjach brzmi, że pocieszanie i odwracanie uwagi, które nadal tak powszechnie są stosowane, nie pomagają zapomnieć, wypuścić emocji, zyskać poczucie bycia zrozumianym. Może się wydawać, że dziecko przekierowuje uwagę gdzieś indziej, ale (jego) napięcie nie puszcza.

Zakładając, że warto nazwać emocje, bezpiecznie jest zacząć rozmowę na przykład od: „Trudno ci, co?”. Bardzo to lubię, bo nie jest to oceniające i nie ma tam wskazywania winnych. Następnie możemy powiedzieć: „Nie chciałaś / nie chciałeś, żeby tak wyszło. Pewnie wolałabyś / wolałbyś…”. Pokażmy, że wiemy, co nasz rozmówca wolałby od siedzenia samemu w pokoju, na przykład: „Wolałabyś, by ona zgodziła się na …, a nie…, tak? Bardzo się cieszyłaś na to, że będziecie razem …?”, „Przykro ci, jak ktoś nie chce …, prawda?”. To jest najlepsza „droga do pająka”, ponieważ pojawiają się zrozumienie siebie, i wspomniane już poczucie bycia zrozumianym przez innych, które ma kolosalne znaczenie dla zaufania i relacji.

Wielokrotnie słyszałam od rodziców i osób pracujących w szkole, że to takie „rozdrapywanie ran”, „po co do tego wracać”, „przecież jeszcze bardziej się popłacze”. I zgadzam się z tym ostatnim stwierdzeniem, tak, może być tak, że dziecko puści płacz, a nawet szloch i rozpacz. I ja to nazywam „cudownym uwolnieniem lub puszczeniem emocji”. Bardzo cieszę się na tem moment w trakcie terapii. Towarzyszenie i terapia służą właśnie temu, by puścić napięcie i zaciśnięte w ciele emocje. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego po płaczu, takim z głębi trzewi, po wypowiedzeniu czy wykrzyczeniu tego, co boli jest wam łatwiej? Ano właśnie dlatego! Puściło napięcie. A napięcie to stres dla naszego ciała, które wciąż jest w stanie gotowości do ataku czy ucieczki i jeszcze zakleszczone w „nie mogę się rozkleić, jak to o mnie świadczy, muszę się trzymać, nie mogę po sobie pokazać etc”. A nie ma to jak stary dobry płacz! Jeśli towarzyszymy dziecku w tym, by puściło emocje, zadbajmy oczywiście o to, byśmy byli sami, czy jak mówią terapeuci „w bezpiecznej przestrzeni”.

Drugi aspekt - to nam może być trudno z osobą, która przeżywa rozpacz. Mamy ogromną chęć by pomóc i robimy wszystko, by przestała się tak czuć. Przerywamy cykl zamknięcia traumy - o tym za chwilę. Nie pozwalamy ciału uwalniać napięcia. Lubię powtarzać, że ciało jest mądrzejsze niż my i znajdzie sposób na to, by sobie poradzić z napięciem. Jeśli nie przeszkodzi mu umysł. Ciało by się rozpłakało, biegło, skakało po podłodze, a potem przytuliło do dorosłego. A umysł? Umysł będzie blokował uczucie smutku, dlatego zacznie grać na telefonie, kopnie kolegę, psa, nie odpowie nauczycielce, skorzysta z arsenału autoagresji, by pozbyć się napięcia.

Weźmy taki przykład. Rano dziecko było świadkiem kłótni rodziców, usłyszało „tak się nie da żyć, mam cię dość” lub coś podobnego. Umysł od razu dba o to, by przygotować się na najgorsze. Myśli więc o tym, że na pewno rodzice się rozejdą, nie wiadomo, gdzie będę mieszkać, chodzić do szkoły, nie będę mieć swojego pokoju, mama znowu zacznie pić, a tata będzie wracał późno z pracy… Dziecku zaczyna towarzyszyć strach. Z tym strachem jest na korytarzu, wchodzi z nim do klasy, strach siada koło niego w ławce i jest z nim, kiedy pisze sprawdzian, odpowiada na pytania, ma być wybrany do zabawy w trakcie przerwy. Napięcie związane z tym strachem chce być rozładowane. Dlatego dziecko może sprowokować sytuacje, które sprawią, że napięcie „puści”, wyjdzie przez inną sytuację. Na przykład poszarpie się z kolegą, pobije z koleżanką albo krzyknie do kolegi „ale ty jesteś debil”. Wtedy czeka go rozmowa z wychowawczynią lub szkolną psycholożką. I co? I sytuacja może rozwinąć się różnie. Jeśli dorosły powie „chyba trudno ci dzisiaj” jest szansa na to, że dziecko otworzy się w bezpiecznej przestrzeni i opowie o swoich lękach, otrzyma towarzyszenie i zrozumienie, dlaczego w taki sposób się zachowuje. „To musi być trudne słuchać, jak rodzice na siebie krzyczą. Pewnie się obawiasz i zastanawiasz, kiedy się dogadają, albo jak to teraz będzie. Chciałbyś mieć pewność, że znajdą rozwiązanie i ułożą sobie swoje sprawy. Trudno jest się skupić na lekcjach, kiedy obawiasz się jak to będzie, gdy wrócisz ze szkoły do domu…” Nawet jeśli dziecko nic nie odpowie, moje doświadczenie jest takie, że daje mu to ukojenie i zrozumienie. Pamiętam jedną sesję terapeutyczną, gdy pracowałyśmy z wewnętrznym dzieckiem, pacjentka nic nie mówiła, gdy dawałam jej części empatię. Na koniec powiedziała, że nie miała ochoty na dialog, ale to jak mówiłam dawało jej ciepło i spokój. Jeśli wizyta u wychowawcy czy psycholożki była spowodowana jakąś szarpaniną, możemy na koniec powiedzieć, że rozumiemy skąd tyle emocji i jednocześnie mamy tutaj bójkę/ kłótnię/ wyzywanie, więc co możemy zrobić, żeby naprawić tę sytuację.

A teraz opcja druga. Teraz ten sam uczeń czy uczennica słyszy od wychowawczyni „Z Tobą ostatnio same problemy, ile razy mam mówić, że masz się tak nie odzywać? Nic do ciebie nie dociera. Może dotrze jak napiszę do Twoich rodziców. Masz w tej chwili przeprosić koleżankę”. Potem to dziecko wraca do domu, słyszy od mamy albo taty „jeszcze to! Ja mam już dość, czemu nie może być jednego spokojnego dnia w tym domu! Idź do swojego pokoju, a ja wyłączam internet!”. I tak, dziecko pójdzie do swojego pokoju, może się popłacze, może kopnie biurko, może będzie sobie wbijać długopis w rękę, może krzyknie, a może wybierze apatię, a potem zaśnie. Jednocześnie na pewno w poczuciu braku bycia zrozumianym i braku zrozumienia siebie.

Jakie towarzyszenie dzieciom wybierzesz następnym razem?

Drugi eksperyment o którym chcę powiedzieć to nazywanie emocji oraz przytaczanie faktów. Grupie badanych pokazywano zdjęcia, różne, wściekłego psa, który zbiera się do skoku na nas, zranione, płaczące dziecko itd. Badano ich reakcje fizjologiczne (przewodnictwo skóry). Proszono ich, by podawali jeden fakt, dotyczący zdjęcia, proszono ich też, by nazywali emocje, które wywołują w nich te zdjęcia. Badani mówili o tym, że podawanie faktów sprawiało, że czuli się spokojniejsi, a nazywanie emocji tego spokoju dawało niewiele. Ale! Wyniki z badań przewodnictwa ich skóry mówiły coś odwrotnego! To właśnie nazywanie emocji sprawiało, że ciało mogło się uspokoić. W uproszczeniu według mnie wygląda to tak, ciało krzyczy do umysłu „zobacz, poczuj jakie jestem zestresowane! Zauważ mnie! Przyjmij to!”, jeśli umysł da znać „widzę, jakie jesteś napięte, jak się boisz” ciało nie potrzebuje nadal wysyłać tych sygnałów, albo „krzyczeć” coraz głośniej. Mam wrażenie, że nowe nurty terapeutyczne przeszły na „stronę” ciała i jak mówił mój terapeuta „nie chodzi o to, by to przegadywać, ale by poczuć i puścić napięcie”.

Podsumowując - nazwanie emocji to informacja dla naszego ciała, że może jest zauważone i możemy przejść dalej. A jak wygląda „dalej”? Koło traumy, o którym przeczytaliście w tytule to 1. wyzwalacz/ stresor - informacja dla naszego organizmu, że jest zagrożenie. Następuje mobilizacja - adrenalina i kortyzol, które pomagają nam albo uciec, albo zaatakować wroga. 2 etap to ucieczka lub walka (albo zamrożenie - to taki moment, kiedy chcielibyśmy jakoś zareagować, ale nie jesteśmy w stanie ruszyć ręką ani językiem). Kiedyś byśmy uciekali przed dzikiem, żmiją lub innym plemieniem, jednym słowem ruch, który zostaje napędzony adrenaliną. 3 etap to „bezpieczne miejsce”, moja wioska, ramiona mamy, tulimy się, ciało się relaksuje, świętujemy, że przeżyliśmy. Tak wyglądała reakcja naszego organizmu milion lat temu i TAK SAMO WYGLĄDA TERAZ! Tylko czy nadal atakują nas szpony, dzioby i dzidy? Ano nie. Teraz mamy etap 1 i koniec! Nie ma biegu, nie ma walki, nie ma bezpiecznej wioski. Co więc robi nasze ciało? Zostaje w napięciu. Jest nadal rozkręconym silnikiem, który nie korzysta ze skumulowanej mocy. Jesteśmy permanentnie na wysokich obrotach. To trochę wyjaśnia, dlaczego czujemy się ciągle zmęczeni, prawda? Brakuje nam zamknięcia koła traumy, wypuszczenia (napięcia - ucieczka/ walka) i przytulenia się do bliskiej osoby (bezpiecznej przestrzeni).

Nazwanie emocji to sposób radzenia sobie z etapem drugim, może pozwolić na „ujście płaczu” lub wykrzyczenie różnych rzeczy - będzie to puszczenie napięcia związanego z wyrzutem adrenaliny. Pomagają w tym również wszelakie aktywności fizyczne - bieganie, przekopanie ogródka i sprzątanie. Ostatnio na warsztatach usłyszałam, że na kłopoty najlepszy jest remont.

Ostatni etap - bezpieczna przestrzeń - wtulenie się w bliską osobę, a jeśli jeszcze uda nam się zasnąć przy tej osobie, gdy głaszcze nas po głowie…to jak się obudzimy powiedzmy „to było najcudowniejsze zamknięcie koła traumy jakie przeżyłam. Dziękuję Ci!”.

Jak to o czym napisałam przełożyć na towarzyszenie dzieciom? Zauważmy rozkręcenie silnika: „Przestraszyłeś się”, „Zezłościłaś się”, zadbajmy o etap walka-ucieczka „Chodź, przytulę cię mocno” - gdy dziecko drży, może potrzebować docisku, „tak bardzo zależało ci, by teraz…?”, „TAK! A ONA W OGÓLE NIE…. I JEST…. I TO JEST NAJGORSZY DZIEŃ W MOIM ŻYCIU!!!” - „słyszę, jak ci nieprzyjemnie, jak wolałabyś, by…..” - dajmy dziecku opowiedzieć o tym, co się z nim dzieje, niech wykrzyczy, co mu się nie podoba, jakby chciało. Na koniec zapytajmy „chcesz się przytulić?”, „chcesz posiedzieć blisko mnie?” i tak usiądźmy z dzieckiem w tej bezpiecznej wiosce, po tym jak w lesie zobaczyło stado dzików. Bo dla naszego wewnętrznego systemu ostrzegania niewiele się zmieniło przez ten milion lat.
 


1O eksperymencie mówi dr Katarzyna Jankowiak, „Gdzie językoznawstwo spotyka psychologię”, 27.03.2020, Uniwersytet im. A. Mickiewicza w Poznaniu.
KOMENTARZE
PODOBNE WPISY
Rola obecności nauczyciela  w kształtowaniu bezpiecznej  więzi z dzieckiem
Zapraszamy Was na cykl artykułów wybitnych specjalistów ...
Rola swobodnej zabawy w życiu dziecka
Zapraszamy Was na cykl artykułów wybitnych specja...
WYSZUKIWARKA
ZAMKNIJ
NEWSLETTER
Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera
ZAMKNIJ