CENTRUM INFORMACJI DLA RODZICÓW
Zjazd rodzinny, czyli spotkanie z przeszłością
Paulina Kałużna
Autor: Paulina Kałużna

Zjazd rodzinny, czyli spotkanie z przeszłością

Nie będę dziś pisać o tym co jest, a o tym co było. Nie napiszę o spotkaniu na niedzielnym obiedzie
w gronie najbliższych. Nie wspomnę o zwykłym spotkaniu towarzyskim. Dziś poruszę temat zjazdów rodzinnych. Ale takich wiecie – kilkadziesiąt spokrewnionych ze sobą osób, które nigdy się nie poznały albo widziały ostatnio lata temu.

Kiedy ja i mój mąż usłyszeliśmy o pomyśle zjazdu rodzinnego – puściliśmy tę informację mimo uszu. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę o co chodzi. Po jakimś czasie okazało się, że znajdujemy się na liście gości, a pierwszą myślą było wymiksowanie się z tej imprezy. Nie będę owijać w bawełnę - zjazd rodziny krewnych mojej drugiej połówki nie przemówił jakoś do nas. Wyobraziliśmy sobie tłum spokrewnionych ze sobą osób, których nigdy nie widzieliśmy na oczy. O czym my będziemy rozmawiać? Co tam będziemy robić? Wydawało się, że będzie to mega nudna posiadówka. Ostatecznie zgodziliśmy się pojechać.

Termin zjazdu przypadł na końcówkę wakacji, a miejsce nie było na końcu Polski, więc zapakowaliśmy naszą czwórkę i ruszyliśmy na spotkanie z przeszłością. Na wstępie każdy otrzymał wizytówkę z imieniem i stopniem pokrewieństwa wobec tych, którzy zapoczątkowali ten ród. Zatem od razu zrobiło się ciekawie. Plakietki były świetnym pretekstem do rozpoczęcia rozmowy, bo wszyscy z zaciekawieniem odczytywali informacje przyczepione do stroju napotkanej na drodze osoby. Im młodsza osoba tym więcej zapisanych linijek. 

Przed wejściem na salę można było obejrzeć szczegółowo rozpisane drzewo genealogiczne, a także stare zdjęcia nieżyjących już krewnych. Choć początkowo było dość sztywno, to fajnie było patrzeć na tych wszystkich spowinowaconych ze sobą ludzi, mających wspólnych przodków. Nikt nie był obcy – to była jedna, wielka rodzina. To naprawdę ciekawa perspektywa, gdy rozglądasz się po wielkiej sali wypełnionej ludźmi i wiesz, że ze wszystkimi łączą cię więzy krwi.

Dla mojego męża, to była szansa na poznanie początków rodziny. Jakie były ich losy i jak do tej pierwszej dwójki dołączały kolejne wagoniki? Ja za to wysłuchałam wielu wspaniałych historii, a nasze dzieci poznały dalszych kuzynów, ciotki, wujków i tuzin innych krewnych. Wybawiły się na parkiecie, wyszalały na dworze i nasłuchały komplementów na swój temat.

Ten zjazd odbył się półtora roku temu, a wzięło w nim udział ponad sto osób. Rozmowom i wspomnieniom nie było końca. Poznaliśmy najstarszych i najmłodszych członków rodziny. To była okazja do odnowienia kontaktów i pogłębienia relacji. Zatem jeśli będziecie mieli okazję wziąć udział w takim zjeździe – nie zastanawiajcie się długo, bo to naprawdę ciekawe doświadczenie. Ja byłam pełna podziwu dla organizatorów za wymyślenie całej koncepcji i zebranie ludzi rozproszonych po Polsce i świecie w jednym miejscu. Nie wszystkim udało się dotrzeć, bo niemożliwym jest, by znaleźć termin, który pasuje wszystkim. My wyjechaliśmy stamtąd pozytywnie nakręceni i na pewno żałowalibyśmy, gdybyśmy przegapili to spotkanie.

W obecnej sytuacji zjazd krewnych brzmi jak science fiction, ale liczę, że wkrótce znów będziemy mogli widywać się z tymi, z którymi chcemy, kiedy chcemy i w dowolnej ilości. Dziś na tamto spotkanie patrzę z jeszcze większym sentymentem, bo spotkań rodzinnych w dużym gronie bardzo mi teraz brakuje.

Niech moc będzie z Wami i Waszymi rodzinami!
KOMENTARZE
Barbara ZU.23.03.2021 godz: 23:33
Paulinko!--Pieknie to opisalas taki ZJAZD to cos pieknego ,czesc RODZINKI razem .Bylo duzo rozmow, placzu, usciskow i poznawania sie .Teraz w dzisiejszym "wiezieniu" to doceniamy ze zdwojona sila .Ale badzmy dobrej mysli POWTORZYMY. Pozdrawiam.
O AUTORZE
Paulina Kałużna
Paulina Kałużna
Uzależniona od czytania, zwłaszcza biografii i kryminałów, a od pewnego czasu także od literatury dla dzieci. Mama dwóch córek, dla których zaczęła pisać bajki. Fanka płyt winylowych, uwieczniania na zdjęciach największych pierdoł związanych z własnymi dziećmi, Tatr i koloru niebieskiego. Od gotowania woli chodzić na gotowe, nie znosi bałaganu, nie zaczyna dnia bez kawy z mlekiem i nie kończy go bez przeczytania choć jednej strony książki. Lubi pisać!
PODOBNE WPISY
W lockdownie wszyscy tańczą, a niejadek staje się głodny
Dziesięć posiłków dziennie, grupowy taniec i głos...
Najważniejszy mebel w domu
To przy nim odbywają się życiowe rozmowy, to tu padają w...
WYSZUKIWARKA
ZAMKNIJ
NEWSLETTER
Bądź na bieżąco i zapisz się do newslettera
ZAMKNIJ